Mój pierwszy samochód… na drutach

with Brak komentarzy

W jednym z wcześniejszych postów wrzuciłam garść przemyśleń o tym „Jak to się zaczęło”
Moja przygoda z dzierganiem znaczy. Jeśli jeszcze nie czytałaś – zapraszam.

Niedawna wizyta w domu rodzinnym przywołała jeszcze jedno wspomnienie.
I tak sobie pomyślałam, że jak coś znajdę z dawnych czasów, to tu, ku pamięci opublikuję.

Jako jeden z przełomowych momentów mojej dziewiarskiej kariery, wymieniłam zakup pierwszej gazetki robótkowej – Sandry.
To było pod koniec lata – numer sierpniowy, za rok głowy nie dam, ale obstawiam ’95.

Była pierwszą gazetką po polsku, jaka wpadła w moje ręce i ujawniła, że rękodzieło to nie jest domena oszczędnych lub wręcz ubogich. To, co tam zobaczyłam zmieniło mój punkt widzenia na dzierganie całkowicie. Odkryłam, że z włóczki można wyczarować dzieła sztuki.

Przychodziłam do sklepu ją oglądać kilka razy.  W głowie trwała batalia – zachcianka czy potrzeba, bo jej cena na moje możliwości była spora. Aż w końcu znajoma, która prowadziła sklep, widząc z jakim zachwytem kolejny raz oglądam tę Sandrę, pozwoliła mi zabrać ją do domu, żebym sobie przejrzała spokojnie, wynotowała, co mi się podoba (bo wtedy jeszcze nie było telefonów z aparatem… baaa,  nawet cyfrowych aparatów nie było).
Ale… nie chciało mi się.
Po pierwsze dlatego, że te opisy były strasznie pokręcone i niezbyt zrozumiałe, a po drugie, kto by tam robił swetry z opisu – przecież to proste. Podpatrzę sobie wzór i jadę. Zwłaszcza, ze już na pierwszy rzut oka czułam, że coś z nimi nie tak. No, ale jak czytanie rozpoczynałam od akapitu wykonanie to czemu się dziwić?

Tym, co mnie jednak szczególnie urzekło był…

Samochód

Wydziergany na drutach, cudny, czerwony Garbus.

A jego opis był na dwie strony…Nie było opcji na przepisywanie.

Dla tego auta zdecydowałam się wysupłać zaskórniaki. Zapłaciłam i zaczęłam robić.

Ile mnie to zdrowia kosztowało niech świadczy to, że do dziś to wszystko pamiętam – dwadzieścia parę lat!!!

Na zdjęciach widać, że nie wszystko zrozumiałam, przeczytałam, zinterpretowałam jak trzeba… 😉

auto robione na drutach

Konstrukcja

  1. Góra była prosta – prostokąt – jedyne utrudnienia to szyba i wgłębienia na „masce” – poszło jak z płatka.
  2. Prawa burta – tu już trudniej – bo po jakiego czorta przekładać oczka w te i nazad, jak na schemacie widać, że trzeba zrobić z dwóch jedno? Zrobiłam po swojemu. Widać? widać 🙂
  3. Lewa burta – dramat. Zrobić symetrycznie. Ale JAK??? oczywiście pierwsza mi wyszła taka sama, bo symetrycznie zamieniłam oczka zamiast stron. Potem wzięłam ją na logikę…zrobiłam po swojemu.
  4. Koła – tu kolejne niedorozumienie – do dziś nie wiem jak na to wpadłam – było napisane zrobić 6 rzędów dżersejem – a ja nie wiedzieć czemu sobie wymyśliłam, że rząd prawych + rząd lewych = 1 rząd. Efekt widać. Dlaczego nie wzbudziło moich wątpliwości już pierwsze koło?? Pojęcia nie mam. Dodam, że o robieniu bezszwowo nawet nie pomyślałam 😉
  5. No i w końcu najprostsze – zderzaki – tu zwykłe prostokąty (choć z racji różnej grubości włóczek, nie do końca pasowały wymiary). Pierwsze podejście z pojedynczej nitki – drugie z podwójnej i robione dwa razy, żeby trafić w wymiar

 

Na zdjęciu poniżej widać też jak kombinowałam z prowadzeniem nitki z drugim kolorem. I kiedy sobie odpuściłam.
To jak bardzo się (nie)przejmowałam różnicą w grubości obu nitek też widać, no nie?
jak wydziergać samochód

Co było najtrudniejsze?

Oczywiście – zszywanie.

Nie dlatego, że nie lubiłam, nie dlatego nawet, że nie umiałam ładnie… Te elementy po prostu do siebie nie pasowały!!!

Góra była za długa – boki za małe, koła rozkraczone…

Myślę, że gdyby nie to, że to miał być prezent dla Mamy na urodziny, to chyba bym to zakopała na samym dnie szafy.

I wreszcie wypełnienie – co to jest włóknina?? Skąd to wziąć?

Nie znalazłam odpowiedzi więc napchałam waty – trochę – nie za dużo – bo wata też była towarem deficytowym przecież.

I taka niezgrabota stoi do dziś 🙂

samochód na drutach

Niestety przy kolejnych przeprowadzkach gazeta mi się zagubiła. Nie sądzę też, żeby mi się udało gdzieś jeszcze znaleźć ten numer…

A chętnie zrobiłabym garbuska jeszcze raz – tym razem już tak jak się należy.

A może podejmę wyzwanie i zrobię „z głowy” ? Może nawet  jakoś bez zszywania 😉

PS. Włókninę w razie czego mam.