Drutozlot 2017 i wyzwanie jednomotkowe

with Brak komentarzy

Emocje po Drutozlocie powoli opadają i najwyższy czas na podsumowanie.

Uprzedzam, że wpis będzie z tych dłuższych, bo dużo się działo.

Jeśli nie masz ochoty czytać wszyskiego, to nie uciekaj od razu – na końcu mam propozycję jak zagospodarować pojedyncze motki i jednocześnie zajawkę tego, czego będę uczyć na kursie, który mam nadzieję wkrótce ruszy (jest gotowy, ale wciąż walczę z techniką).

Ale najpierw Drutozlot

To było już trzecie takie spotkanie i bardzo się cieszę, że uczestniczę w tym od początku.

W tym roku spotkanie było naprawdę profesjonalnie zorganizowane, za co wielkie podziękowania należą się organizatorkom.

Impreza odbyła się w Międzynarodowym Centrum Spotkań Młodzieży – rzut beretem od dworca wschodniego.

W ogromnej sali wystarczyło miejsca i dla uczestników (bo kilku panów widziałam) i dla wystawców.
Tym razem nie było partyzantki z bieganiem do okien, żeby wybrać odcień, czy wyczekiwania aż się tłum przerzedzi, żeby się dopchać do stoisk.
Można było na spokojnie (stosunkowo) pozwiedzać stragany, w przyjemnej atmosferze napić się kawy, a nawet zjeść pyszny obiad (choć swoje w kolejce trzeba było odstać).

I najważniejsze – było mnóstwo czasu, żeby pogadać ze starymi i nowymi znajomymi.

Bo to jest serce tej imprezy – ta cała grupa (grubo ponad 100 osób) zakręconych wełną, którzy wiedzą czym się różni akryl od alpaki, brioszka od ściągacza i wzdychają do owieczkowego smrodku wełny.

I co najlepsze – prawie każda z tych osób z robótką w rękach – nikt się nie dziwi, nikt się nie podśmiewa – co najwyżej wymienia doświadczeniami na temat włóczek czy wzorów.

Jak większość tak i ja wraz z Olą już w pociągu robiłyśmy rozgrzewkę

Całkiem przypadkiem (choć kto zna moje upodobania kolorystyczne, to się nie zdziwi) dziergałam sweter w barwach drutozlotowych. Sweter okryjbiedę. Super prosty w wykonaniu, w paseczki, zatem potencjalny ideał…

Ale jestem tak niezadowolona z efektu, że chyba go nawet nie pokażę w całości, zanim nie przerobię.

A co poza tym ?

Kolejną nowością w tym roku były warsztaty

  • robienia skarpetek,
  • robienia rzędów skróconych oraz
  • robienia brioszki

Ja nie zapisałam się na żaden z nich, bo rzędy umiem, skarpetki też, a brioszka, choć od dawna kusi mnie, żeby jej spróbować, to jednak nie aż tak bardzo, żeby „tracić” czas na warsztatach (wolę się uczyć sama, a na kolejne spotkanie ze znajomymi trzeba czekać cały rok).

Potem trochę żałowałam, bo jak zobaczyłam obłędne czapki zrobione tą techniką, a potem przepiękne chusty, to jednak zachciało mi się bardziej… Mam więc dodatkowy motywator.

To co się na Drutozlocie nie zmienia to…

ZAKUPY !!!!!

Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja nie lubię zakupów, chodzenia po sklepach, mierzenia itp. Trzy razy oglądam ciuchy w sklepie zanim uznam, czy aby na pewno potrzebuję, czy aby nie za drogie, czy jakość słuszna…

Ale jak towarem jest włóczka – szaleństwo.
A zakupy w towarzystwie całej masy podobnie zachowujących się ludzi – bezcenne cuuudowne przeżycie.

 

Największe zainteresowanie według mojej obserwacji wzbudziło stoisko Marzeny, która oprócz najcudowniej mięciutkich włóczek zza oceanu, których miękkości widać nawet na zdjęciach, przywiozła swoje własnoręcznie farbowane Chmurki. Nie mogłam się dopchać, żeby choć pomacać spokojnie, a co dopiero zdjęcia zrobić. Udało się po paru godzinach.

Drugim obleganym stoiskiem były Włóczki Warmii ze swoją cudowną Mirellą i uśmiechniętymi przez cały dzień Asią i Eleną.

Ale na pozostałych straganikach też się działo – była Lillopi z fantastycznymi rustykalnymi wełnami (nie kupiłam i nie mogę odżałować), były nowe marki z ręcznie malowanymi niteczkami i te już znane… Kolorowy zawrót głowy

Ale największa dla mnie niespodzianka to

Dye Dye Done

Hania Maciejewska, której wzory nie raz gościły na moich drutach i na blogu i które zachwycają nie tylko pomysłem, ale i opisem wykonania, prowadzącym jak po sznurku (nomen omen),  wraz ze swoim Mężem pokazali dziewiarskiemu światkowi swoje najnowsze dziecko – cudownie mięciutką włóczkę, którą własnoręcznie farbuje … Daniel.

Aż normalnie zazdroszczę takiej kooperacji 🙂

Moje łupy z Drutozlotu

W tym roku można było się zaopatrzyć nie tylko w włóczkę, ale i w sprzęt.
Także nawet jeśli ktoś jakimś cudem przybył bez robótki – żaden problem – wszystko było na miejscu.

Wiedząc o tym, na to właśnie się nastawiałam, bo jednak czego jak czego, ale włóczki mi nie brakuje.
I plan w zasadzie zrealizowałam – kupiłam sobie druty HiyaHiya, na które od dawna ostrzyłam pazurki. Wypróbowałam od razu.

Wizualnie niby zwyklaczki na żyłce, ale znacząco lżejsze od Addi i KnitPro, znacząco od obu ostrzejsze i z odczuwalnie bardziej giętką żyłką.
Myślę, że komfort pracy przy ażurach się powiększy. Duży plus za grawer z rozmiarem.

Drugi nabytek to druty Prym Ergonimics – te dla odmiany są tępe –  wręcz zakończone kuleczką.

Na przekroju trójkątne, wykonane z tworzywa nie wiem jakiego, z małym poślizgiem, a żyłka to w zasadzie linka – jeszcze nie testowane, ale czuję, że będą fajne. No i jeszcze smaczek – też mają nadruk z rozmiarem –  granatowy <3

Do zakupów dostałam markery agrafkowe, których rolę dotychczas odgrywały spinacze do papieru.

Ale mimo, że włóczki mam mnóstwo, to nawet sama przed sobą się nie łudziłam, że uda mi się wyjść z takiego miejsca bez choćby jednego motka…

No nie da się i koniec!

Postanowienie było takie, żeby jak już muszę, to dokupić coś do tych motków, które przyjechały z Torunia (i nie tylko) rok temu.

Czy się udało?

Podsumuję to tak…

Jak wydaje Ci się, że to co kupujesz, pasuje do tego, co już masz – to masz rację – wydaje Ci się 😉

Zatem co nieco przybyło do mojego skarbca:

Specjalna drutozlotowa edycja Merino  4ply z 7 oczek – w tym roku barwy drutozlotu wyszły bardzo w moich klimatach, więc jak tu się nie skusić…

Haniowo-Danielowe cudności

No a kiedy czułam się już bezpiecznie, a w porfelu zostało tylko parę złotych na obiad, okazało się że jeden ze sklepów nie tylko kusi przecudnie ufarbowaną i super miękką wełną, ale ma również opcję płacenia kartą 😉 Viki trafiła do koszyczka.

drutozlot

 

 

Inaczej niż rok temu wyglądały także zabawy. Tym razem nie tylko potrzebne było szczęście w losowaniu, ale trzeba było też odpowiadać na pytania – czasem łatwe, czasem trudne.

W takim konkursie wygrałam jagodowy torcik z Lenki od Włóczek Warmii

Drugi konkurs polegał na wymyśleniu hasła reklamującego Drutozlot i sponsora nagród – firmę We Are Knitters – tu też mi się poszczęściło 🙂 Przecież to oczywiste że…

Szczęście jest ręcznie robione

To hasło przyniosło mi nagrodę w postaci zestawu od WAK – peruwiańska wełna sztuk 4, drewniane druty rozmiar 8, 2 igly do zszywania dzianin i wzór na chustę.

jagodowy tort

Podsumowując – po drutozlocie oprócz całej masy wrażeń powiększyła się moja kolekcja pojedynczych motków. I podejrzewam, że nie tylko moja …

 

W związku z tym, dla wszystkich, którzy mają takie skarby,  mam propozycję:

 

Wyzwanie jednomotkowe – trzy korzyści

  • Nauczysz się jak robić z wzoru napisanego po angielsku, nawet jeśli nie znasz języka
  • Pozbędziesz się przynajmniej jednego motka
  • Będziesz miała fajny komin – dla siebie, albo dla kogoś

 

wyzwanie jednomotkowe
Wyzwanie będzie się zasadniczo działo na Facebooku (zdjęcie Cię tam przeniesie).

Jednak zadania otrzymają też wszyscy członkowie grupy osób zainteresowanych pełnym kursem „Jak zrozumieć wzory robótkowe”.

  • Jeśli nie wiesz o jaki kurs chodzi – to dowiesz się tutaj.
  • Jeśli chcesz wziąć udział w zabawie, a nie korzystasz z Facebooka – również zapraszam do zapisu na listę.
  • Jeśli czekasz już na ten kurs, to będzie taka mała rozgrzewka – bezpłatna, szybka, ale dająca wyobrażenie, co się będzie działo na kursie.

 

To co? Dołączasz?

A może daj znać innym znajomym – będzie nas więcej 🙂 udostępnij ten post (klik w ikonkę poniżej) lub zaproś znajomych na wyzwanie bezpośrednio z Fejsa.

ps. Na prosty komin wystarczy 100g motek dowolnej włóczki średniej grubości i odpowiednie do niej druty. Jeśli chcesz mieć bardziej zamotany – przyda się trochę więcej. Mogą być dwa różne motki.